RSS
 

Co się kryje w głębi lasu?

31 mar

mrozyTytuł: „Idź i czekaj mrozów”

Autor: Marta Krajewska

Liczba stron: 520

Wydawnictwo: Genius Creations

Rok wydania: 2016

Przysłowie polskie mówi „Cudze chwalicie, swojego nie znacie”. I chyba tak jest też w przypadku naszej słowiańskiej kultury. Od najmłodszych lat w szkole zajmujemy się bogami greckimi i rzymskimi. Potrafimy wymienić ich atrybuty i zdolności. A kto słyszał o naszych rodzimych bóstwach? Kto wie jakie zwyczaje kryły wioski naszych przodków? Marta Krajewska próbuje przybliżyć nam zagadnienie na kartach tej książki.

„Idź i czekaj mrozów” jest opowieścią wielowątkową. Z jednej strony mamy do czynienia ze spokojnym życiem Wilczej Doliny, toczącym się wraz z rytmem zmiany pór roku. Poznajemy słowiańskie święta i zwyczaje, zapoznajemy się z wyjątkową kulturą protoplastów naszego kraju. Z drugiej jednak, czytelnikowi towarzyszą ciągłe zwroty akcji i emocje. Nikt bowiem nie wie, co kryje w sobie ciemność słowiańskich lasów.

Czy wilkom można ufać? I czy sowy zawsze są tym, czym się wydaje? W książce pojawia się również klasyczny konflikt, który mogliśmy wcześniej zaobserwować w prozie Sapkowskiego – co czyni istotę potworem. Autorka skutecznie udowadnia, że często największymi potworami są ludzie, a nie chmurniki, wilkołaki bądź strzygi. Choć może warto pamiętać słowa bajki o czerwonym kapturku i „nigdy nie ufać słowom wilka, a jedynie jego czynom”?

Dużym plusem książki są charakterystyczne postacie poboczne. Wraz z kolejnymi stronami, coraz bardziej zależało mi na losach postaci, które nie były aż tak bardzo istotne w toku fabuły. Opowieść kryje również w sobie wiele nieoczywistych wątków. Wiele tajemnic pozostaje nierozwiązanych, dając czytelnikom nadzieję na kolejny tom przygód zielarki Vendy.

Jak dla mnie jest to idealna lektura na długie zimowe wieczory. Książka ma ponad pięćset stron, zapewnia więc co najmniej kilka dni rozrywki. Cóż… W obliczu nadchodzącej nieuchronnie wiosny, pozostaje nam więc tylko „Iść i czekać mrozów”. Albo zacząć czytać już teraz, oddając się czarowi magicznych, słowiańskich świąt.

Ja wracam do klasyki Stephena Kinga i jak zwykle życzę Wam samych dobrych książek!

 

I butelka rumu!

11 mar

Zatopić Niezatapialną – Anna HrycyszynTytuł: „Zatopić Niezatapialną”

Autor: Anna Hrycyszyn

Liczba stron: 382

Wydawnictwo: Genius Creations

Rok wydania: 2017

Pewnie każdy z nas zna uczucie trzymania w rękach nowonarodzonego dziecka. Czułam się bardzo podobnie, mogąc przeczytać historię „Niezatapialnej” zaledwie kilka dni po jej lutowej premierze! Wydanie książki poprzedziła fantastyczna akcja reklamowa wydawnictwa Genius Creations. Kilka dni przed premierą mogliśmy zobaczyć zdjęcia kobiet stylizowanych na główne bohaterki powieści. Jedni powiedzą, że to wyręczanie naszej wyobraźni. Dla mnie stanowiły niesamowity wstęp do świata przedstawionego w książce. Dzięki wcześniejszemu zapoznaniu się z wizerunkami bohaterek, miałam wrażenie, że znam je od zawsze.

Tak, jestem niesamowicie podekscytowana tą książką, bo od kilku miesięcy miałam mocną blokadę czytelniczą. Przeczytałam kilka książek, o których nawet nie warto tutaj pisać. Schematyczne opowieści Mastertona, kilka pozycji powiązanych ze studiami… A tu nagle, zupełnie przypadkiem trafiła do mnie taka perełka. Na dodatek premiera odbyła się tydzień przed Dniem Kobiet. Wiele osób przy okazji 8 marca wspominało, że rzadko główne bohaterki są kobietami – a jeżeli już tak się zdarzy, to one muszą być ratowane z opresji. Tutaj sytuacja ma się zupełnie inaczej…

„Marita nie była głupia; żadna z dziewcząt na „Niezatapialnej” nie była.”

Co więcej! Mamy do czynienia z jedyną damską załogą piracką… w historii? Stawiam dobre, hiszpańskie piwo, temu, kto zna opowieść o kobietach dokonujących abordażów. Ba! Jedynym mężczyzną na pokładzie „Niezatapialnej” jest kucharz – tak nawiasem mówiąc, przesympatyczna postać. Wyobrażacie to sobie? Załoga kobiet i jeden facet. Czy jest ktoś, kto odważyłby się stawić im czoła? Nie powiem. Przeczytacie sami.

Załoga na „Niezatapialnej” to jedna wielka rodzina. Czytając opowieść, ma się wrażenie, że każdą z dziewczyn zna się od wieków. Kass, Nes, Grację, Heile. Zresztą, wyobraźnia podpowiada mi, że warto byłoby stać się częścią tej wariackiej ekipy. Książka zawiera wszystko, czego moglibyśmy się spodziewać po klasycznej opowieści o piratach. Śpiewy, tańce, dużo alkoholu i… wątek miłosny? Czy bezwzględna kapitan pirackiego statku może nagle się zakochać?

Książka została napisana w przystępny sposób. Czyta się ją szybko, język jest zgrabny i płynny. Szczególne wrażenie wywarły na mnie opisy, które poruszają każdy zmysł czytelnika. Autorka przywiązała ogromną uwagę do szczegółów – wygląd karczmy, zapachy, dźwięki – wszystko opisane z ogromną dbałością. Część opowieści stanowią także retrospekcje. Płynne operowanie czasem pozwala zachować dynamikę książki, mimo fragmentów o polityce i historii (jak dla mnie te wątki zawsze spowalniają opowieść).

Na uwagę zasługują także opisy relacji i emocji. Stosunki pomiędzy bohaterami są naturalne. Każda postać została dokładnie przemyślana i dopracowana przez autorkę. Musiało to być nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę ilość bohaterów, którzy przewinęli się przez opowieść. Jednak za największy plus książki uważam zgrabne ujęcie tematyki zmysłowości pomiędzy postaciami. Dawno nie widziałam tak delikatnych i zgrabnych opisów najbardziej intymnych momentów życia bohaterów.

„Niezatapialna” od tej pory będzie należeć do moich ulubionych książek. Polecam każdemu – na naładowanie energii, przeżycie niesamowitych przygód oraz emocji – przyszykujcie się na chwile wzruszenia, napięcia i śmiechu. Koniecznie musicie się dowiedzieć, czy komuś udało się „Zatopić Niezatapialną”.

Trzymajcie się i samych dobrych książek!

 

Dajmy się ponieść wyobraźni

12 gru

indeksTytuł: „Imagines”

Autor: Anna Todd

Liczba stron: 688

Wydawnictwo: OMG Books

Rok Wydania: 2016

Trochę gryzłam się z tym, czy w ogóle pisać tą recenzję. Raczej unikam wypowiadania się o książkach, których nie doczytałam do końca. Ostatnio jednak słyszałam, że sam fakt, iż nie udało mi się dobrnąć do ostatniej kartki, też może sporo mówić o fabule… Posłuchajcie więc mojej opinii o pierwszych dwustu stronach “Imagines” – książki, którą współtworzymy z autorami.

“Imagines” to zbiór fanfików Anny Todd oraz użytkowników portalu Wattpad na temat celebrytów z różnych zakątków świata. Mamy więc do czynienia z blisko 700 stronami niepowiązanych ze sobą opowiadań, których ideą jest wciągnięcie czytelnika w środek fabuły. Zastosowano tu bardzo ciekawą formę narracji drugoosobowej – czyli każde opowiadanie zaczyna się słowami, “wyobraź sobie, że…”. Później każda akcja opisywana jest tak, jakbyśmy sami byli w centrum wydarzeń.

Myślę, że dla osób, które są mocno zaangażowane w życie sław, ta książka może być naprawdę pasjonująca. Podróże z Kim Kardashian, wspólne śpiewanie piosenek z Zac’iem Efronem, obchodzenie rocznicy ślubu Normanem Reedusem… Odpowiednie wczucie się w fabułę potrafi zapewnić niezapomniane przeżycia. Mnie idea nie wciągnęła, bo większości postaci z książki nawet nie rozpoznawałam. Myślę, że kluczem do tej książki jest mocne zaangażowanie emocjonalne związane z celebrities.

Minusem tego typu formy jest fakt, że większość opowiadań nastawiona jest głównie na główną bohaterkę, a nie głównego bohatera. Przykro mi mężczyźni – rocznica ślubu z Normanem Reedusem nie wchodzi w grę ;) Druga sprawa to bardzo precyzyjna narracja, wskazująca na cechy czytelnika. Nie przekonywały mnie fragmenty, w których miałabym godzinami siedzieć przed lustrem, zastanawiając się nad relacjami z moim ex. Wszystko wskazuje na to, że nie zmusiłam mojej wyobraźni do wystarczającej pracy :)

Nie udało mi się dobrnąć do końca. Każde kolejne opowiadanie było krótsze i trochę zabijał mnie schemat… Chociaż znalazło się również kilka perełek, które można by było wykorzystać nawet do hollywoodzkich filmów. Wyobrażacie sobie świat, w którym rząd zabronił robienia selfie? Jak dla mnie to jest świetny materiał na większą powieść.

“Imagines” stanowczo nie przypadło mi do gustu. Nie znaczy to jednak, że Wam nie będzie odpowiadało. Każdy, kto jest choć po części zainteresowany życiem sław, na pewno znajdzie coś dla siebie. Z drugiej strony ciekawa jestem, jak “Imagines” przedstawiałoby się w wersji polskiej. Jacy celebryci zostaliby wybrani? Jakie historie w polskich realiach wciągnęłyby czytelników w równym stopniu. Przeczytalibyście taką książkę?

Wracam do czytania kryminałów. Idzie zima, więc jest czas na siedzenie przy książkach i ciepłej herbacie, gdy za oknem sypie śnieg (albo deszcz… ale będą białe Święta, prawda?).

Trzymajcie się i samych dobrych książek :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Przeczytane w 2016

 

Elegancja i szyk współczesnej kobiety

04 paź

okładkaTytuł: „Ch***wa Pani Domu”

Autor: Magdalena Kostyszyn

Liczba stron: 282

Wydawnictwo: Flow Books

Rok Wydania: 2016

 

My kobiety uwielbiamy modę. Nie chodzi tu tylko o ubrania – ostatnio na przykład Polki dają się ponieść kulturze fitness, dbania o siebie i o zdrowie. Odnajdują swoją tożsamość, chcą stać się perfekcyjne. Stąd też półki sklepowe zapełniają różnego rodzaju poradniki. Sama jestem świeżo po lekturze książki „W domu Madame Chic” Jennifer L. Scott, gdzie znajdowałam porady, jak akademik przemienić na przytulne gniazdko i jak znaleźć czas na tysiące rzeczy, które są do zrobienia w domu, podczas gdy doba ma tylko 24 godziny. Nawet w telewizji otaczają nas programy… sposób na modę, urodę, sprzątanie. Prym wiedzie tutaj Perfekcyjna Pani Domu. Tak między nami kocham ten program. Nic nie poprawia tak mojego humoru jak obserwowanie innych ludzi sprzątających mieszkania.

Te wszystkie poradniki wydają się totalnie wyjęte z kosmosu. Mam wrażenie, że autorki uważają, iż przeciętna kobieta faktycznie zajmuje się wyłącznie domem, nie mając życia chociażby zawodowego. Z tego samego założenia wyszła autorka „Ch***wej Pani Domu”. Nie, cenzura nie jest objawem mojej pruderii :) taki po prostu jest tytuł tej książki.

Magdalena Kostyszyn sama twierdzi, że antyporadnik powstał z tęsknoty za normalnością. Nie polecam go jednak czytać na jeden raz. Druk jest co prawda duży, a i stron niezbyt wiele, ale taka mieszanina życiowych porażek przyswojona jednego wieczoru bądź poranka może skutecznie zepsuć nastrój. Jak dla mnie to książka zdecydowanie na dobry nastrój. Jeżeli nie czujecie się dobrze w roli pani domu, to czytając o tym, co jeszcze można zrobić źle, tylko bardziej się zdołujecie.

Poradnik dotyczy wielu elementów życia kobiety. Kolejny dział to kolejne zmagania, dotyczące damskiej mentalności, małżeństwa, domu i sąsiedztwa, rodzicielstwa, pracy i dorosłości, mentalności Polaka oraz… Świąt Bożego Narodzenia. Ten ostatni dział szczególnie przypadł mi do gustu. Wiecie zresztą, że Święta są jedną z najbardziej stresujących sytuacji w życiu przeciętnego człowieka? Jest taka skala stresu, na której ujmuje się je jako wydarzenie traumatyczne (niedaleko po śmierci współmałżonka i rozwodzie) :D

Do moich faworytów należy rozdział „Pięć cytatów, które możesz puścić w niepamięć”. Mamy tu przegląd literatury na temat pań domu z początków XX wieku. Uwierzcie mi, że wypowiedzi panów na temat biustonoszy i gorsetów oraz ich zaletach zdrowotnych są niezwykle pouczające.

Tak jak już pisałam wcześniej, książka mimo wszystko sprawia dosyć ponure wrażenie. Ukazuje jak wygląda rzeczywistość. Ale może czasami warto sięgnąć do tych prawdziwych poradników? Co prawda trudno dorównać ideałowi „Perfekcyjnej Pani Domu”, jednak nawet kilka ciekawych rad jest w stanie poprawić jakość naszego życia. Ja na przykład nauczyłam się porannego rytuału picia herbaty. A zazwyczaj jest tak, że jeżeli dobrze zaczniemy dzień, to później wszystko zaczyna wskakiwać na swoje miejsce.

Niby w tym roku nie biorę udziału w wyzwaniu 52 książki w rok… ale to 22 książka ;) Może jeszcze do stycznia zdążę?

Pozdrawiam Was i życzę samych dobrych książek!

 

Najsmutniejsza książka jaką czytałam

20 wrz

okladkaTytuł: „P@n Wilk i tajemnice tajemnic””

Autorzy: Jarosław Wilk

Liczba stron: 304

Wydawnictwo: Prowizja

Rok Wydania: 2015

Znowu ciężko mi się zabrać do opisania tej książki. Tym razem nie wynika to jednak z mojego braku czasu bądź lenistwa. Po prostu… Źle mi się ją czytało. Mam wrażenie, że zniechęciła mnie do czytania i zepsuła coś z mojej czytelniczej wrażliwości. To chyba kolejna nauczka dla mnie, żeby nie brać książki z powodu chwytliwego tytułu albo okładki. Ale wszystko po kolei, bo to długa opowieść.

Na „Pana Wilka” trafiłam dzięki uprzejmości portalu „Stan: Zaczytany”, w ramach akcji książkowy booktour. Zabawa polega na tym, że książka trafia do recenzenta, ten ma 7 dni na przeczytanie i kolejne 3 na opublikowanie recenzji i dalej posyła ją w świat. Następni recenzenci zaznaczają ulubione fragmenty, dopisują komentarze, mogą pozostawić także notkę do autora, w celu dalszego zmotywowania go do pracy.

Kolejne dwa błędy z mojej strony – po pierwsze – spodziewałam się książki przygodowej. Nie wiem dlaczego, ale „Pan Wilk i tajemnice tajemnic” brzmiał równie sympatycznie, co „Pan Samochodzik i templariusze” :D Rozumiem, to strasznie naiwne… Po drugie – to drugi tom z kolei. Otrzymałam tylko wycinek historii. Być może mój pogląd na opowieść zmieniłby się, gdybym dała radę ze wszystkimi częściami po kolei.

„Pan Wilk i tajemnice tajemnic” to EROTYK. Czułam się trochę, jakbym dostała patelnią po głowie. Tu się szykuję na wspaniałą przygodę, czytam jakiś wstęp z zaświatów… i nagle główny bohater wzniośle oświadcza „chce mi się jebać”. Nie mam zamiaru opisywać całej fabuły. Zresztą raczej jest dosyć monotonna, jak to w erotykach. Facet szuka łatwych kobiet na portalach randkowych, a później łamie im serce, bo nie spełniają jego oczekiwań.

Boli mnie prostacki styl tej książki. Czytałam kilka książek o podobnej tematyce (choć nie jestem pewna, czy jest się czym chwalić) i naprawdę cały temat można opisać w miarę z klasą. Autor w jednym z wywiadów usprawiedliwia się, że literatura współczesna nie może obyć się bez wulgaryzmów i seksu. Ale wystarczy sięgnąć po „Faceta na telefon” A.J. Gabryela, czy nawet te nieszczęsne „Pięćdziesiąt twarzy Greya” – książkę, za którą zresztą nie przepadam. Jednak co by nie powiedzieć o Greyu, to był pewnego rodzaju przełom w literaturze erotycznej. Próba przedstawienia jakiegoś zjawiska, o którym nikt wcześniej nie mówił. „Pan Wilk i tajemnice tajemnic” to tylko zbiór luźnych przemyśleń i historii „zaliczania” kolejnych kobiet.

Jak dla mnie książka jest niesamowicie smutna. Główny bohater uważa się za człowieka inteligentnego. Wszystkim doradza w sprawach miłości i zaufania… a sam potwornie się pogubił. Jednej z pierwszych kobiet daje nadzieję przez kilka spotkań, a później wspaniałomyślnie stwierdza, że „Mogłem być z siebie dumny, bo właśnie okazało się, że nie jestem takim chujem, jak można by się po mnie spodziewać”. Jeżeli porzucenie kobiety po wykorzystaniu jej nie oznacza „bycia chujem”, to chyba gdzieś się pogubiłam.

Pisząc książkę, autor powinien starać się przekazać czytelnikowi swoją duszę. A tu mamy historię człowieka, który nie widzi problemu w wykorzystywaniu innych… nie widzi problemu w swoim pijaństwie. Wychodząc na stok narciarski po 7 piwach, czuje się jak młody bóg. Wiecznie zjarany trawą i naćpany grzybami halucynogennymi uważa się za odpowiedzialnego ojca, któremu należy się szacunek. Stojąc nad grobem przyjaciółki, marzy, żeby wszystkie kobiety, które miał, opowiadały jego córeczce sprośne historie nad jego grobem, gdy umrze.

Nie wiem, co powinnam dodać. Rzucił mi się jeszcze w oczy taki „kwiatek” – „Ciągnęła przy tym za rękę wnusia tak mocno, jakby groziło mu poszerzenie odbytu”. Pfff… Muszę znaleźć teraz jakąś łatwą i delikatną książkę, która przywróci mnie do rzeczywistości. Przypomni, że świat nie jest taki. Że miłość to nie szukanie łatwej laski na portalu randkowym, a zaufanie to coś więcej niż jazda z naćpanym gościem przez pół Polski.

Wiecie co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? Kilka osób umieszczających komentarze na boku książki, uważało głównego bohatera za swojego idola. Kogoś, kogo chciałyby poznać. Kogoś, kto głosi mądrości XXI wieku. Ten zachwyt nad człowiekiem, który (cytując książkę) „nie zna innych słów poza pierdolić, jebać i rżnąć”. Czy to jest normalne? Może po prostu to ja popełniam gdzieś błąd, żyjąc w zbyt idealnym świecie, w którym jest jeszcze odrobina delikatności i ludzkich uczuć.

Na sam koniec dodam Wam fragment, przy którym myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Tylko zobowiązania recenzenckie kazały mi dokończyć czytanie po czymś takim… W dużym skrócie bohatera kręcą relacje w stylu „suka i pan”. Spotkał swoją byłą z innym mężczyzną:

„W pewnym momencie prawa dłoń mężczyzny powędrowała po plecach Su ku górze do jej głowy, by mocno zacisnąć się na włosach kobiety. Kiedy już zniknęli w tłumie spacerowiczów, uśmiechnąłem się do własnych myśli. Coś mi mówiło, że Su znalazła dla siebie Pana. Dobrego Pana.”

Chodźmy coś przeczytać…

Trzymajcie się i życzę Wam samych dobrych książek.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Wydawnictwo Prowizja

 

Stara przyjaźń nie rdzewieje

15 wrz

okladkaTytuł: „Siedem lat później”

Autorzy: Janusz L. Wiśniewski, Dorota Wellman

Liczba stron: 268

Wydawnictwo:Znak Literanova

Rok Wydania: 2016

Jak zwykle książka przeczytana ponad miesiąc temu, a recenzji nie ma! Tym trudniejsze zadanie dla mnie – najprościej pisze się, gdy emocje są jeszcze świeże i żywe… Teraz muszę mocno wytężać pamięć, żeby przekazać Wam wszystkie dobre i złe strony opowieści – a raczej wywiadu. Z drugiej strony myślę sobie, że pomysł książki jest genialny w swojej prostocie. Gwarantuję, że każdy z nas, spotykając się z serdecznym przyjacielem po 7 latach, miałby materiał na bestseller. Dorota Wellman i Janusz L. Wiśniewski mieli jednak to szczęście, iż są popularni… Mojej rozmowy z kimkolwiek raczej nikt nie chciałby czytać :D

Janusza L. Wiśniewskiego kojarzyłam głównie z szumnej ekranizacji „Samotności w sieci”. Książka podobno też była bardzo dobra. Czytałam ją jednak, gdy miałam jakieś dziesięć lat i niewiele mogłam z niej zrozumieć – ot nieodpowiednia książka w nieodpowiednich rękach. Pamiętam tylko, że to historia strasznie smutna, wzruszająca… i że film ma tyle nieścisłości, że głowa mała! A jednak autor zdobył ogromną popularność nie tylko w Polsce, ale i zagranicą. Z wywiadu wynika, że jego książki osiągnęły sukces również w Rosji.

Wywiad czyta się dosyć przyjemnie, jednak trzeba się liczyć z tym, że pisarz uważa się za autorytet niemal w każdej dziedzinie. Z ogromną pewnością siebie wypowiada się na wszystkie tematy, począwszy od aborcji, kościoła, a skończywszy na pisaniu i związkach. Ta pewność siebie momentami była przyczyną mojej irytacji – nie podzielając zdania autora, czułam się idiotycznie. Z jednej strony rozumiem, że pan Wiśniewski jest profesorem, niejedno w życiu przeżył, ale… nie można być ekspertem od wszystkiego! Chociaż biorąc pod uwagę naszą polską mentalność…

Na okładce zamieszczono cytat pisarza „Tak naprawdę zamiast mówić, wolałbym jej słuchać”. Szczerze mówiąc z miłą chęcią przeczytałabym wywiad, gdzie role są odwrócone. Mam wrażenie, że tworząc tak inteligentne pytania, Dorota Wellman miałaby również wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Niestety niewiele wiem o tej kobiecie – kojarzę ją jako dziennikarkę TVNu oraz osobę z reklam supermarketów sieci Lidl. Jeżeli jednak natknę się na więcej materiałów o jej osobie, chętnie się z nimi zapoznam.

Są fragmenty książki, które wyjątkowo mnie rozbawiły. Już nawet nie pamiętam z czego wyniknął temat… Tak czy inaczej w grę wszedł jakiś raport na temat życia seksualnego Polaków. Czy wiecie, że w pociągach PKP jest momentami bardzo gorąco? ;) Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na ten temat, zajrzyjcie do książki. Ogólnie warto przeczytać w ramach ciekawostki… Jednak w poszukiwaniu dobrej fabuły i niesamowitych zwrotów akcji, warto sięgnąć po inną lekturę. Tak wiem – nie powinnam spodziewać się „pościgów i wybuchów” w wywiadzie… Ale momentami książka przypominała mi takie stereotypowe rozmowy Polaków, gdzie każdy ma coś do powiedzenia :)

Jak zwykle życzę Wam samych dobrych książek! I… lecę czytać kolejną książkę :)

 

Nie mogę się oderwać…

26 sie

idealnanowyTytuł: „Idealna”

Autor: Magda Stachula

Liczba stron: 384

Wydawnictwo:Znak Literanova

Rok Wydania: 2016

Katarzyna Bonda zwykła mawiać, że początkujący pisarze powinni skupić się na opisywaniu akcji z punktu widzenia jednego bohatera. Tandemy są dla profesjonalistów… a przynajmniej dla osób, które nie jedną stertę kartek zapisały drobnym maczkiem. Mam wrażenie, że Magda Stachula nie czytała tej opinii. Jako debiutantka napisała niesamowitą książkę, z punktu widzenia czterech bohaterów! Anita, Adam, Eryk i Marta. Co łączy ich opowieść?  Co wspólnego mogą mieć ze sobą tak różne osoby?

Związek Anity i Adama stoi pod znakiem zapytania. Coś zaczęło się psuć, od momentu, gdy Anita dowiedziała się, że nie może zajść w ciążę. Kobieta całymi dniami wpatruje się w kamery internetowe, obserwując życie Pragi oraz Paryża. Wszystko, by zamaskować smutek i powoli postępującą depresję. Adam stara się wspierać swoją ukochaną, ale i on powoli traci cierpliwość. Nie spodziewa się, że przelotny romans może skończyć się tragedią…

Najbardziej zaskakująca wydaje się jednak historia Eryka. Zupełnie nie pasuje do pozostałych. Malarz, artysta, a na dodatek mieszka setki kilometrów dalej. Pracuje w kościele, gdzie odrestaurowuje dzieła sztuki. A Marta? O niej dowiecie się dopiero, sięgając po książkę. Nie zdradzę ani słowa.

Książka jest niezwykłym thrillerem psychologicznym. Trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej kartki. Niektórym książkom słodzę. Staram się odnajdywać na siłę ich dobre strony. Tutaj nie jestem w stanie wyszukać ani jednego błędu. No chyba, że za wadę można uznać niezwykle irytującą główną bohaterkę. Jej zachowanie momentami jest tak irracjonalne, że czytelnikowi otwiera się nóż w kieszeni. A później… z biegiem akcji przychodzi zrozumienie i wstyd. Czasami warto nie oceniać, zanim nie poznamy całokształtu opowieści ;)

Strasznie trudno jest napisać cokolwiek więcej, żeby nie zepsuć zabawy. Z ciekawszych faktów odnośnie czytania, to założyłam się z wydawcą o czekoladę, że nie będę mogła oderwać się od książki :D Cóż, muszę obejść się smakiem, bo opowieść była naprawdę fantastyczna. Krótkie rozdziały prowokują do przeczytania kolejnej kartki… rozdziału… trzech… stu stron na raz! Na dodatek postacie są na tyle wyraziste, że nie sposób się pogubić, nawet przerywając czytanie na dłuższy okres czasu (czego nie polecam :D po co odraczać przyjemność?).

Opowieść na tyle mi się spodziewała, że posłałam ją dalej w świat w ramach akcji „Pocztodajka” organizowanej na fanpage’u Stan: Zaczytany. Jeżeli chcielibyście dołączyć lub po prostu dowiedzieć się w czym rzecz, zajrzyjcie na: http://stanzaczytany.blogspot.com/p/pocztodajka.html Niedługo edycja wrześniowa, więc jeżeli chcielibyście dostać coś fajnego, warto dołączyć. Ja byłam zachwycona :)

Biorę się za kolejną książkę, bo stosik jakoś się nie chce zmniejszać! Trzymajcie się i samych dobrych opowieści!

 

Spacer po Wrocławiu

13 sie

wtajTytuł: „Wtajemniczenie”

Autor: Tomasz Węcki

Liczba stron: 133

Wydawnictwo:Ridero

Rok Wydania: 2016

“Wychodzisz z domu i zaczynasz się zastanawiać – czy wyłączyłem żelazko? Czy zamknęłam drzwi? Może warto wrócić i sprawdzić? Niepokój rośnie z każdym krokiem. Wreszcie nie wytrzymujesz, zawracasz, sprawdzasz – jak ostatni frajer, bo przecież wszystko w porządku, zamknięte i wyłączone” – tak pisze Tomasz Węcki na okładce książki “Wtajemniczenie”. Wiadomo, że dobra opowieść to taka, z którą czytelnik się identyfikuje. Cóż więc mi pozostało? Usiadłam w fotelu przy herbacie i zaczęłam czytać.

Wrocław, czasy obecne. Tomasz Zając spaceruje po mieście, widząc unoszące się w powietrzu kłębowisko duchów. Stwory wywołują w ludziach niepokój, robią z nich idiotów, dręczą, wysysają energie. Jedynie główny bohater potrafi je dostrzec i usidlić. Dzięki wiedzy przekazanej przez dziadka, stara się ratować ludzkie dusze przed opętaniem. Sam zastanawia się, czy nie traci zmysłów… Kilka tygodni na oddziale szpitala psychiatrycznego uświadamia mu jednak, że to nie choroba psychiczna, a zadanie, któremu należy sprostać.

Książka ma nieco ponad sto stron. Momentami wymaga większego skupienia, jednak przygoda z opowieścią nie powinna zająć przeciętnemu czytelnikowi dłużej niż dwa dni. Muszę przyznać, że fabuła niezbyt przypadła mi do gustu. Jedni lubią truskawki, inni czarne porzeczki… Ale i tak nie żałuję ani chwili spędzonej nad książką. Warto po nią sięgnąć dla pewnych smaczków i literackich zabiegów.

“Przed wyruszeniem w drogę, należy zabrać drużynę” wtrąca głos Piotra Fronczewskiego, w jednym z momentów powieści. Na początku główny bohater przypomina, że nad Wrocławiem góruje budynek o nazwie “Kompleks Czarnieckiego”. Ponadto książkowy spacer po mieście przywoła miłe wspomnienia w czytelnikach, którzy choć raz odwiedzili Wrocław. Muszę wrócić do tej opowieści. Aż jestem ciekawa, ile jeszcze takich “smaczków” pominęłam…

Książka jest dostępna bezpłatnie na stronie:
http://www.legimi.com/pl/ebook-wtajemniczenie-tomasz-wecki,b147241.html
Oprócz tego treść książki objęta jest licencją Creative Commons, więc można dzielić się nią bez ograniczeń, a także wykorzystywać treść do tworzenia własnej twórczości, po oznaczeniu autora oryginału. Jeżeli macie jedno lub dwa wolne popołudnia, serdecznie polecam!

A teraz uciekam, bo szkoda marnować słonecznych letnich dni!

Trzymajcie się i samych dobrych książek!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Przeczytane w 2016, Ridero

 

Od fantastyki do kryminału

26 lip

swastykaTytuł: „Pięć dni ze swastyką”

Autor: Artur Baniewicz

Liczba stron: 624

Wydawnictwo: Znak Horyzont

Rok Wydania: 2016

Nie wiem jak Wam, ale mi powieści historyczne zazwyczaj kojarzyły się z sienkiewiczowską trylogią i nudnymi lekcjami, wypełnionymi tysiącem dat i nazwisk. Dopiero w liceum zaczęłam zaczytywać się w książkach Phillipy Gregory (grube księgi zawierające sfabularyzowane opowieści o Tudorach). Nieco później trafiłam na dokument na temat żołnierzy AK, którego recenzja ukazała się w styczniu. Zachęcona poprzednimi, pozytywnymi wrażeniami, nie wahałam się zgodzić na zrecenzowanie kolejnej pozycji zaproponowanej mi przez wydawnictwo „Znak – Literanowa” – kryminału w konwencji historycznej, napisanego przez polskiego autora literatury fantastycznej Artura Baniewicza.

Książka była naprawdę dobrze rozreklamowana, dlatego też bardzo wiele się po niej spodziewałam. Okładka zachęca czytelników opiniami, iż jest to pozycja dla fanów Jo Nesbo, Zygmunta Miłoszewskiego… że to świetny kryminał i będzie z tego dobry film. A później usiadłam…

I się nudziłam. Może miałam zbyt duże oczekiwania? Szczerze mówiąc „Pięć dni ze swastyką” mnie nie ujęło. Ani przez chwilę nie byłam ciekawa, kto dokonał zbrodni. Wątek romantyczny porwał mnie tylko na moment. Historia Polaka pomagającego Niemcom nie porywała… Dlaczego?

Przede wszystkim morderstwo pojawiło się na około setnej stronie. Troszkę za późno jak na kryminał, który powinien wciągać czytelników od pierwszych kartek. Jak dla mnie zabójstwo stało się wątkiem zupełnie drugoplanowym. Przedłużonym, przegadanym… Główny bohater przez większość czasu chodzi po wiosce i przesłuchuje ludzi. Oprócz tego wplątany jest w relacje z dwiema kobietami, które nie do końca wiedzą, czego chcą. Ten wątek zainteresował mnie nieco bardziej, choć i tak odnoszę wrażenie, że autor wyszedł ze swojej strefy komfortu (pisania opowieści fantastycznych) i niezbyt dobrze odnajduje się w realiach drugiej wojny światowej.

Krótko o fabule – we wsi pod Kielcami zostaje zamordowany niemiecki żołnierz. Podejrzewa się jednak, że celem ataku jest polska nauczycielka – Irena, która trzyma z hitlerowcami. Jej partner Bruno zleca śledztwo Pawłowi Bujnickiemu. Paweł wiele lat temu był bardzo bliski Irenie, stąd pewność, że nie odmówi wyświadczenia jej przysługi. Z niemieckimi papierami podejmuje się odnalezienia mordercy żołnierza, a także osoby czyhającej na życie jego dawnej miłości.

Najlepszym elementem fabuły jest postać Chai – Żydówki, której Paweł oszczędził życie podczas wykonywania wyroku na konfidentach. Chaja niezbyt dobrze mówi po polsku – z niemieckim również radzi sobie średnio, przez co wciąż żyje w strachu przed schwytaniem przez zaborców. Mimo to, udaje jej się przeżyć w trudnych wojennych czasach.

Rzecz, która najbardziej zapadła mi w pamięć z całej książki? Cytat: „Żyd zawsze będzie trzymał z Żydem”. A dlaczego? Tego się dowiecie jeżeli doczytacie do końca.

Ostateczna ocena: dla koneserów. Albo inaczej – dla czytelników cierpliwych, lubiących powoli rozwijającą się akcję. W drodze kolejna recenzja :) A wy trzymajcie się i samych dobrych książek!

 

Z jednych wysp na drugie

16 lip

wyspyTytuł: „Wyspy Pieprzowe”

Autor: Aneta Skarżyński

Liczba stron: 515

Wydawnictwo: Psychoskok

Rok Wydania: 2016

Pamiętacie „Wyspy Paprykarzowe”? Pisałam taką recenzję w październiku :) Mam nadzieję, że pamiętacie, choć wygląd bloga pozostawiał wtedy wiele do życzenia. Przede wszystkim przez ten mikroskopijny druk. Nadal nie rozumiem, jak mogło mi to nie przeszkadzać. Dopiero tata odezwał się po roku, że mogłabym troszkę powiększyć czcionkę. A reszta czytelników siedziała i cierpiała w milczeniu. No wiecie co? ;)

Ale wracając do tematu. Wyspy, wyspy… Po paprykarzowych nastały pieprzowe, czyli dalsze opowieści z życia Anety. Tym razem dotyczyły one barwnego studenckiego życia. Wybaczcie, ale muszę tę recenzję napisać na zasadzie porównań. Trzecia część podobała mi się znacznie bardziej od poprzedniej. Przede wszystkim opowieść jest spójna. Ostatnio mówiłam o tym, że oderwane od siebie rozdziały nieco przeszkadzają mi w ciągłości czytania. Teraz… Nawet nie zorientowałam się, kiedy minęło to 515 stron. Na dobrą sprawę, gdybym nie sprawdziła tej liczby do recenzji, nie zauważyłabym, że książka była taka długa.

Jest to jedna z tych książek, która dorasta wraz z czytelnikiem. Kojarzy mi się to z serią Alfreda Szklarskiego i jego Tomków. „Wyspy Paprykarzowe” na pewno bardziej będą podobały się licealistom, „Wyspy Pieprzowe” są idealnie skierowane do studentów. Nadal mamy do czynienia z przyjemnym humorem (który nota bene jest znacznie bardziej wyważony), bywają też sytuacje poważne… Jak to w życiu :)

Momentami Aneta mnie irytowała… Szczególnie z pakowaniem się w różnego rodzaju romanse. Siedziałam i mruczałam pod nosem, że to jest przejaskrawione. Że to niemożliwe, żeby mieć tylu znajomych i tylu chłopaków na studiach. A później zdałam sobie sprawę, że to jednak lata dziewięćdziesiąte. Ludzie nie wisieli na telefonach i komputerach. Po prostu spędzali czas ze sobą. I to nie problem z Anetą i jej rozrywkowym życiem, tylko z nami :P Ale to tak odbiegając na moment od tematu.

No to co? Teraz wypadałoby chyba przeczytać „Wyspy Naftalinowe”, skoro przeczytałam tom drugi i trzeci. Czas wrócić do korzeni i połączyć wszystko w całość. „Wyspy Pieprzowe” ratowały moją nadpobudliwą duszę podczas wielu podróży pociągiem i tramwajem… Trudno będzie mi znaleźć kolejny, równie dobry pożeracz czasu. Ale niestrudzenie będę szukać. W końcu na świecie istnieje dużo lekkich i przyjemnych książek. Macie dla mnie jakieś propozycje na kolejne 2 miesiące wakacji? Nie, wcale się nie chwalę udaną sesją ;)

Do czytania przyjaciele! Szykuje się wyjątkowo upalne i przyjemne lato (jak tylko przestanie lać ;) ). A nic tak nie schładza atmosfery jak krwawy kryminał albo dreszczowiec. Ja za to zasiadam do kolejnych recenzji i moich własnych projektów. Liczę w duchu, że jeszcze rok, może dwa, a będę czytać jak inni wyżywaj się twórczo na moich opowiadaniach :D

Trzymajcie się ciepło i samych dobrych książek!