RSS
 

„Nie szukaj drogi, znajdziesz ją w sercu…”

27 wrz

paradoksTytuł: „Paradoks Marionetki: Sprawa Klary B.”

Autor: Anna Karnicka

Liczba stron: 268

Wydawnictwo: Genius Creations

Rok wydania: 2016

Są dwa rodzaje kaca książkowego. Pierwszy, gdy skończyło się czytać wyjątkowo męczącą książkę. Złe wrażenie pozostawione przez lekturę, powoduje, że czytelnik reaguje wstrętem na widok jakiegokolwiek tekstu. Nawet uniwersyteckie broszurki odstraszają wtedy swoim wyglądem. Znacznie przyjemniejszy rodzaj kaca książkowego następuje wtedy, gdy po skończeniu czytania, nie możemy wyjść ze świata przedstawionego. Myślimy o bohaterach, koniecznie chcemy wiedzieć, co stanie się dalej. Takie odczucia miałam po przeczytaniu „Paradoksu Marionetki” Anny Karnickiej.

Książka opowiada o dziewiętnastoletnim Martinie, którego największym marzeniem jest dołączenie do Praskiej Szkoły Lalkarzy. Próbując zarobić na wymarzoną marionetkę, trafia do tajemniczego antykwariatu Petry Althan. Tam też dowiaduje się, że wymarzona uczelnia nie jest wyłącznie miejscem, w którym szkoli się artystów.  Pod nazwą prestiżowej szkoły ukryto Kolegium Iluzji i Manipulacji, a Martin został uwikłany w skomplikowany proces rekrutacyjny, który może przejść tylko jedna, najlepsza z zaproszonych przez dyrektora osób.

Opis z okładki, a także szata graficzna, mogą nieco mylić. Jak dla mnie sam opis sugeruje bardziej, iż opowieść dotyczy wydarzeń, które będą miały miejsce po przejściu przez Martina egzaminu wstępnego. To również wzbudzało we mnie pewne obawy odnośnie tego, że „Paradoks” to kalka innych historii o szkole magii, takich jak „Harry Potter” J.K.Rowling bądź „Trylogia Czarnego Maga” Trudi Canavan. Zamiast tego autorka położyła nacisk na sam proces rekrutacyjny, przełamując tym samym schematy i tworząc dobrej jakości powieść młodzieżową z elementami detektywistycznymi.

„Paradoks Marionetki” zaskakuje dbałością o szczegóły opowieści. Autorka puszcza oczko do czytelników, bawiąc się znaczeniem imion, nazw oraz ukazując „magiczną” stronę współczesnej Pragi. Moją uwagę szczególnie wzbudziło nawiązanie do piosenki „Kultu” poprzez nazwanie jednego z miejsc Knajpą Morderców. W fabule można także odnaleźć wiele analogii do samego tekstu tej piosenki. Łatwo również zauważyć częste nawiązania do świata baśni i legend. No i lody o smaku absyntu… Kto by ich nie spróbował? :D

Na uwagę czytelnika zasługują postacie poboczne. Tajemnicza Klara, Walter, który podobno jest księciem z bajki, a także zwariowana Canelle i jej ciotka. Postacie te nie zlewają się z tłem, nie są nijakie, za to łatwo zapadają w pamięć.  Ich charaktery stanowią miły kontrast do postaci głównego bohatera, który choć wzbudza sympatię, momentami jest wyjątkowo bezradny i ciapowaty. W sumie to ciągle się zastanawiam, dlaczego ktokolwiek miałby zadawać sobie tyle trudu, by uwzględnić go w procesie rekrutacyjnym do Kolegium Iluzji i Manipulacji. Czytelnicza złośliwość podpowiada mi, że znacznie chętniej na tym miejscu widziałabym Canelle.

Styl pisania dostosowany jest do literatury młodzieżowej . Książkę czyta się lekko i przyjemnie – sprzyja też temu duża, wygodna dla oczu czcionka. Generalnie fabuła pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie miałam za dużo czasu na szukanie minusów tekstu. Dla spokoju sumienia wspomnę jednak o kilku rzeczach, które mimo wszystko rzuciły mi się w oczy. (Tutaj zaczną się spojlery, więc jeżeli ktoś nie chce psuć sobie zabawy, to warto przewinąć na koniec :) )

Miłośnicy twórczości Stephena Kinga zapewne pamiętają z „Misery” scenę, w której Annie odrzuca szkic pierwszego rozdziału nowej książki, gdyż mówi, że rozwiązanie sytuacji z poprzedniego tomu, gdzie główna bohaterka umiera było nieuczciwe. W „Paradoksie” są dwie sceny, do których można się przyczepić, używając tej samej argumentacji. Martin PRZYPADKIEM podsłuchuje rozmowę w Knajpie Morderców, która wyjaśnia mu kto zabił jego przyjaciółkę. Jak piszą twórcy Pixara „Zbiegi okoliczności, przez które postać wpada w tarapaty, to świetna sprawa. Zbiegi okoliczności, przez które postać się z nich wydostaje, to oszustwo. 

Drugą taką sytuacją, do której można się doczepić jest to, że rozmowę wstępną przechodzi dwóch kandydatów zamiast jednego. Widać tu oczywiste nawiązanie do „Igrzysk Śmierci”, ale… Na dobrą sprawę Komisja nie powinna uznać okoliczności łagodzących w sprawie Waltera. A dlaczego? Bo bronił go Martin. Gdyby Walter sam wyciągnął swoją argumentację, możliwa by była jeszcze dogrywka. A w sumie Martin udowodnił, że jest lepszym kandydatem, że potrafi manipulować informacjami i… I tak przyjęto ich obu. Chociaż z drugiej strony uwielbiam Waltera, i cieszę się, że fabularnie wyszło jak wyszło ;)

Na koniec, chcę wspomnieć o cytacie, który najbardziej zapadł mi w pamięć: „Jeśli nie wiesz co zrobić, zrób herbatę”. Uwielbiam tę sekwencję i myślę, że od teraz stanie się ona moim życiowym mottem ;) Zbliżają się długie, jesienne wieczory, więc herbata w dłoń i… koniecznie przeczytajcie „Paradoks Marionetki”.

Trzymajcie się i życzę Wam samych dobrych książek!

 

Powrót do klasyki

19 sie

okladkaTytuł: „Misery”

Autor: Stephen King

Liczba stron: 368

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Rok wydania: 2009

Przeglądając ostatnio moje listy przeczytanych książek, zdałam sobie sprawę, że ostatnią powieść Stephena Kinga przeczytałam w 2015 roku! „Dallas ’63″ zostawił po sobie miłe wrażenie… Sama więc nie wiem, dlaczego tak długo nie sięgałam po żadną opowieść jednego z moich ulubionych autorów. Próbowałam dwukrotnie zacząć „Misery”, ale zawsze w międzyczasie wpadała mi w ręce inna książka… Teraz zauważyłam „Misery” podczas dodawania książek na czytnik i skończyłam ją czytać w 3 dni.

Jest to opowieść z czasów, gdy King był w najlepszej, pisarskiej kondycji. W książce możemy zauważyć wiele analogii do biografii pisarza! Ba, śmiałabym  stwierdzić, że treść dość dokładnie pokrywa się z książką „Jak pisać? Pamiętnik rzemieślnika”. Mamy w niej wiele refleksji z codziennego życia pisarza… okraszonego typową dla Stephena mieszaniną horroru.

Beststellerowy pisarz porwany przez największą fankę. Paul, kończąc ostatni tom przygód „Misery”, w końcu czuje się wolny. Stawia ostatnią kropkę w maszynopisie i jedzie na przejażdżkę, by świętować swój sukces. Niestety przytrafia mu się wypadek, a z opresji ratuje go najbardziej szurnięta pielęgniarka w całych Stanach Zjednoczonych. Czy Paul sprosta jej wymaganiom i zdoła ożywić martwą bohaterkę powieści, kończącej sagę?

King jak zwykle w mistrzowski sposób buduje napięcie całej opowieści. Posługuje się obrazowym językiem. Momentami powiedziałabym, że zbyt obrazowym. Książka zawiera wiele drastycznych scen i stanowczo odradzałbym czytanie jej młodszym czytelnikom. Na ogromny plus zasługuje jednak powiązanie „Misery” z „Lśnieniem”. Wzmianka o hotelu „Overlook” zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. I wywołała dodatkowe ciarki na plecach.

Książka dla miłośników gatunku. Miła odskocznia po schematycznych opowieściach Mastertona. Chociaż obaj autorzy mogliby rywalizować o miano mistrza najbardziej obrzydliwych opisów w literaturze. Trudno jednak powiedzieć, czy to ich wada, czy zaleta ;) „Misery” to absolutny klasyk, który powinien znaleźć się na półce każdego fana horroru.

Lecę szukać kolejnych strasznych opowieści.

Trzymajcie się i samych dobrych książek!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Przeczytane w 2017

 

Ten klimat!

14 sie

melodiaTytuł: „Melodia zapomnianych miłości”

Autor: Dorota Gąsiorowska

Liczba stron: 628

Wydawnictwo: Znak Literanova

Rok wydania: 2017

Mało który autor wzbudza we mnie taką sympatię jak pani Dorota Gąsiorowska. I nie mówię tu o samych książkach! Odkąd przeczytałam „Obietnicę Łucji”, autorka urzekła mnie swoim stosunkiem do czytelników. Wystarczy zajrzeć na jej fanpage na Facebooku. Mimo dość pokaźnej bazy fanowskiej (blisko 3200 osób to całkiem sporo), pani Dorota stara się utrzymać kontakt z każdą osobą. Charakteryzuje się wysoką kulturą osobistą, a także zaangażowaniem – odpisuje niemal na wszystkie komentarze czytelników. Ale, ale! To w końcu miała być opinia o książce! Nie bez powodu jednak zaczęłam od Facebooka.

Z jednej strony każda książka powinna bronić się sama. Ja kocham jednak, gdy autor pokazuje jak bardzo zaangażowany jest w świat, który tworzy. Od czasu premiery „Melodii zapomnianych miłości”, na fanpage’u autorki zaczęły się pojawiać zdjęcia przedstawiające głównych bohaterów oraz miejsca charakterystyczne dla powieści. To świetny pomysł! Z podobnym spotkałam się w przypadku kampanii reklamowej książki „Zatopić Niezatapialną” Anny Hrycyszyn. Ale o tym wspominałam w innej recenzji :)

„Melodia zapomnianych miłości” to powieść obyczajowa. Opowiada historię Bianki, która będąc w złej sytuacji finansowej, otrzymuje propozycję pracy od Klary. Klara mieszka we dworze z niewidomym synem Samem oraz wiernym lokajem Vincentem. Bianka wyrusza do oddalonego setki kilometrów Kazimierza nad Wisłą, by pomóc Samowi odzyskać chęć do życia i powrócić do dawnej pasji, jaką jest muzyka.

Pierwszą rzeczą, na którą pragnę zwrócić uwagę, jest niesamowite dopracowanie bohaterów. Każda postać ma swoją historię – z pozoru nieistotne wątki bohaterów drugoplanowych przyciągąją uwagę i pochłaniają czytelnika bez reszty. Ba! Czasami miałam wrażenie, że historia babci Serafiny, czy nawet właścicieli pobliskiej plantacji winorośli przyciąga moją uwagę bardziej niż wątek główny. Czy to wada? Nie sądzę. Cała książka utrzymana jest w dosyć powolnym, kojącym tempie. Przypomina mi to trochę rozwój akcji w serii o Ani z Zielonego Wzgórza. Jednak mimo tego spokojnego tempa, wszystko wokół żyje. Miasto, dwór, bohaterowie… Opowieść po prostu przyciąga.

Druga sprawa, to obrazowość. Mało która książka tak bardzo zachęciła mnie do podróży, jak „Melodia zapomnianych miłości”. Zabytki Kazimierza i inne pobliskie lokacje… Opisy autorki działają na wyobraźnię i przede wszystkim na zmysły. Sztuką jest stworzyć taki tekst, który jednocześnie oddając klimat miejsca, nie zanudzałby czytelnika i zmuszał do przerzucenia kilku kartek. A tak zupełnie odchodząc od tematu, imponuje mi to, że pani Dorota wszystkie książki pisze ręcznie. Zaglądając na jej fanpage, moglibyście dostrzec zdjęcia zapisanego stosu zeszytów. Ale podobno pisanie bez użycia komputera pomaga aktywować nasze kreatywne i zmysłowe części mózgu. Pisanie na komputerze dopiero wszystko w logiczny sposób porządkuje (przynajmniej tak twierdzi Katarzyna Bonda).

Nie będę się za dużo rozpisywać – książka jest naprawdę dobra i zasługuje na każdą minutę poświęconą jej czytaniu. Chciałam tylko wspomnieć jeszcze o mojej ulubionej bohaterce – babci Serafinie. Archetyp mędrca zamknięty w postaci starszej kobieciny. Na pewno polubicie bystrość jej umysłu, połączoną z przezorną zabobonnością, tak charakterystyczną dla dawnej polskiej wsi.

Chyba muszę nadrobić resztę książek tej autorki, bo wprawiają mnie naprawdę w dobry nastrój ;) Jeśli ktoś szuka dobrej pozycji na wakacje – serdecznie polecam.

Trzymajcie się i życzę Wam jak zwykle samych dobrych książek! :)

 

 

Polska mistrzyni thrillera psychologicznego?

05 sie

trzeciaTytuł: „Trzecia”

Autor: Magda Stachula

Liczba stron: 400

Wydawnictwo: Znak Literanova

Rok wydania: 2017

W zeszłym roku na blogu pojawił się wpis odnośnie debiutu Magdy Stachuli. „Idealna” zachwycała – zarówno pomysłem, formą (narracja prowadzona równolegle z perspektywy czterech postaci robiła wrażenie na czytelniku), ale i również lekkim stylem pisania. Dlatego też otrzymując od wydawnictwa Znak Literanova propozycję zrecenzowania kolejnej książki „polskiej mistrzyni thrillera psychologicznego”, nie wahałam się zbyt długo. Brałam pod uwagę, ogromną przerwę od pisania recenzji, jednak, oczywiście, w międzyczasie przeczytałam mnóstwo książek. Zdążyłam nawet zepsuć swój ukochany czytnik, a także, w ramach pocieszenia, zakochać się w audiobookach. Jednak dopiero „Trzecia” wydała mi się książką, o której warto opowiedzieć nieco więcej.

Wobec „Trzeciej” byłam bardzo wymagająca. Po pierwsze dlatego, że wydawnictwo Znak określa Magdę Stachulę jako mistrzynię w swoim gatunku. Opowieść miała spędzać sen z oczu oraz intrygować (podobne słowa znajdowały się na okładce „Dziewczyny z pociągu”, wobec której czytelnicy nadal mają podzielone opinie). W rzeczywistości pierwsze dwieście stron, zarówno strukturą, jak i pomysłem przypomina debiut autorki. Kilka wątków, które z pozoru się nie łączą, dopiero na końcu ukazują zaskakujące, zwalające z nóg zakończenie. Praktycznie do końca książki miałam pewność, że schemat znany z „Idealnej”, wykorzystany ponownie nie zadziała. Czekało mnie jednak miłe zaskoczenie, chociaż… Wciąż mam wrażenie, że „Trzecia” jest lepiej wykonaną wersją pierwszej książki autorki. Na pewno będę czekać na kolejną publikację, by sprawdzić, czy po raz kolejny wykorzysta sprawdzoną technikę, czy pokusi się o zupełnie nowy pomysł prowadzenia fabuły.

Główna bohaterka jest terapeutką, co również sprawiło, że wyjątkowo skrupulatnie patrzyłam autorce na ręce. Magda Stachula nie pominęła jednak żadnego aspektu tej pracy. W przystępny sposób przedstawiła czytelnikowi specyfikę zawodu, drogę szkolenia, a także ewentualne trudności podczas prowadzenia terapii. Research został przeprowadzony z dokładnością i wiernością realizmowi. Punkt zaliczony.

Rozłożenie narracji pomiędzy trzech bohaterów pozwoliło na sprytne ukrycie intrygi książki. Wiem, że piszę bardzo ogólnikowo, jednak trudno jest wyjaśnić sprawne fabularnie zagranie autorki, nie zdradzając zakończenia powieści. Z drugiej strony momentami wątki prowadzone w postaci narracji Lilliany oraz Antona wydają się sztucznie wydłużone i niepotrzebne. Po zapoznaniu się z całością książki czytelnik może odnieść wrażenie, że został zagadany milionem sytuacji, które w ostatecznym rozrachunku i tak nie wpływały na rozwój fabuły. Szczególne zarzuty mam tu wobec motywu, wyjaśniającego nietypowy tytuł powieści. Samo określenie „Trzecia” jest efektem wątku drugoplanowego.

Wyjątkowo podoba mi się skład książek Magdy Stachuli. Wygodny dla oczu druk oraz krótkie rozdziały sprzyjają szybkiemu czytaniu „Trzeciej”. Praktycznie każda scena stanowi osobny rozdział, dzięki czemu, nawet czytając wyrywkowo w ciągu dnia, łatwo odnaleźć się w całości fabuły. Pierwszoosobowa narracja również nadaje tekstowi przyjemny rytm. Z drugiej strony w książce spowodowała ona pewne rozleniwienie czytelnika. Przedstawienie wszystkich emocji bohaterów w formie strumienia świadomości minimalizuje konieczność wykorzystania wyobraźni.

Kolejna recenzja już niebawem Na pewno wcześniej niż za kolejne cztery miesiące

Trzymajcie się i życzę Wam jak zwykle samych dobrych książek.

 

 

Co się kryje w głębi lasu?

31 mar

mrozyTytuł: „Idź i czekaj mrozów”

Autor: Marta Krajewska

Liczba stron: 520

Wydawnictwo: Genius Creations

Rok wydania: 2016

Przysłowie polskie mówi „Cudze chwalicie, swojego nie znacie”. I chyba tak jest też w przypadku naszej słowiańskiej kultury. Od najmłodszych lat w szkole zajmujemy się bogami greckimi i rzymskimi. Potrafimy wymienić ich atrybuty i zdolności. A kto słyszał o naszych rodzimych bóstwach? Kto wie jakie zwyczaje kryły wioski naszych przodków? Marta Krajewska próbuje przybliżyć nam zagadnienie na kartach tej książki.

„Idź i czekaj mrozów” jest opowieścią wielowątkową. Z jednej strony mamy do czynienia ze spokojnym życiem Wilczej Doliny, toczącym się wraz z rytmem zmiany pór roku. Poznajemy słowiańskie święta i zwyczaje, zapoznajemy się z wyjątkową kulturą protoplastów naszego kraju. Z drugiej jednak, czytelnikowi towarzyszą ciągłe zwroty akcji i emocje. Nikt bowiem nie wie, co kryje w sobie ciemność słowiańskich lasów.

Czy wilkom można ufać? I czy sowy zawsze są tym, czym się wydaje? W książce pojawia się również klasyczny konflikt, który mogliśmy wcześniej zaobserwować w prozie Sapkowskiego – co czyni istotę potworem. Autorka skutecznie udowadnia, że często największymi potworami są ludzie, a nie chmurniki, wilkołaki bądź strzygi. Choć może warto pamiętać słowa bajki o czerwonym kapturku i „nigdy nie ufać słowom wilka, a jedynie jego czynom”?

Dużym plusem książki są charakterystyczne postacie poboczne. Wraz z kolejnymi stronami, coraz bardziej zależało mi na losach postaci, które nie były aż tak bardzo istotne w toku fabuły. Opowieść kryje również w sobie wiele nieoczywistych wątków. Wiele tajemnic pozostaje nierozwiązanych, dając czytelnikom nadzieję na kolejny tom przygód zielarki Vendy.

Jak dla mnie jest to idealna lektura na długie zimowe wieczory. Książka ma ponad pięćset stron, zapewnia więc co najmniej kilka dni rozrywki. Cóż… W obliczu nadchodzącej nieuchronnie wiosny, pozostaje nam więc tylko „Iść i czekać mrozów”. Albo zacząć czytać już teraz, oddając się czarowi magicznych, słowiańskich świąt.

Ja wracam do klasyki Stephena Kinga i jak zwykle życzę Wam samych dobrych książek!

 

I butelka rumu!

11 mar

Zatopić Niezatapialną – Anna HrycyszynTytuł: „Zatopić Niezatapialną”

Autor: Anna Hrycyszyn

Liczba stron: 382

Wydawnictwo: Genius Creations

Rok wydania: 2017

Pewnie każdy z nas zna uczucie trzymania w rękach nowonarodzonego dziecka. Czułam się bardzo podobnie, mogąc przeczytać historię „Niezatapialnej” zaledwie kilka dni po jej lutowej premierze! Wydanie książki poprzedziła fantastyczna akcja reklamowa wydawnictwa Genius Creations. Kilka dni przed premierą mogliśmy zobaczyć zdjęcia kobiet stylizowanych na główne bohaterki powieści. Jedni powiedzą, że to wyręczanie naszej wyobraźni. Dla mnie stanowiły niesamowity wstęp do świata przedstawionego w książce. Dzięki wcześniejszemu zapoznaniu się z wizerunkami bohaterek, miałam wrażenie, że znam je od zawsze.

Tak, jestem niesamowicie podekscytowana tą książką, bo od kilku miesięcy miałam mocną blokadę czytelniczą. Przeczytałam kilka książek, o których nawet nie warto tutaj pisać. Schematyczne opowieści Mastertona, kilka pozycji powiązanych ze studiami… A tu nagle, zupełnie przypadkiem trafiła do mnie taka perełka. Na dodatek premiera odbyła się tydzień przed Dniem Kobiet. Wiele osób przy okazji 8 marca wspominało, że rzadko główne bohaterki są kobietami – a jeżeli już tak się zdarzy, to one muszą być ratowane z opresji. Tutaj sytuacja ma się zupełnie inaczej…

„Marita nie była głupia; żadna z dziewcząt na „Niezatapialnej” nie była.”

Co więcej! Mamy do czynienia z jedyną damską załogą piracką… w historii? Stawiam dobre, hiszpańskie piwo, temu, kto zna opowieść o kobietach dokonujących abordażów. Ba! Jedynym mężczyzną na pokładzie „Niezatapialnej” jest kucharz – tak nawiasem mówiąc, przesympatyczna postać. Wyobrażacie to sobie? Załoga kobiet i jeden facet. Czy jest ktoś, kto odważyłby się stawić im czoła? Nie powiem. Przeczytacie sami.

Załoga na „Niezatapialnej” to jedna wielka rodzina. Czytając opowieść, ma się wrażenie, że każdą z dziewczyn zna się od wieków. Kass, Nes, Grację, Heile. Zresztą, wyobraźnia podpowiada mi, że warto byłoby stać się częścią tej wariackiej ekipy. Książka zawiera wszystko, czego moglibyśmy się spodziewać po klasycznej opowieści o piratach. Śpiewy, tańce, dużo alkoholu i… wątek miłosny? Czy bezwzględna kapitan pirackiego statku może nagle się zakochać?

Książka została napisana w przystępny sposób. Czyta się ją szybko, język jest zgrabny i płynny. Szczególne wrażenie wywarły na mnie opisy, które poruszają każdy zmysł czytelnika. Autorka przywiązała ogromną uwagę do szczegółów – wygląd karczmy, zapachy, dźwięki – wszystko opisane z ogromną dbałością. Część opowieści stanowią także retrospekcje. Płynne operowanie czasem pozwala zachować dynamikę książki, mimo fragmentów o polityce i historii (jak dla mnie te wątki zawsze spowalniają opowieść).

Na uwagę zasługują także opisy relacji i emocji. Stosunki pomiędzy bohaterami są naturalne. Każda postać została dokładnie przemyślana i dopracowana przez autorkę. Musiało to być nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę ilość bohaterów, którzy przewinęli się przez opowieść. Jednak za największy plus książki uważam zgrabne ujęcie tematyki zmysłowości pomiędzy postaciami. Dawno nie widziałam tak delikatnych i zgrabnych opisów najbardziej intymnych momentów życia bohaterów.

„Niezatapialna” od tej pory będzie należeć do moich ulubionych książek. Polecam każdemu – na naładowanie energii, przeżycie niesamowitych przygód oraz emocji – przyszykujcie się na chwile wzruszenia, napięcia i śmiechu. Koniecznie musicie się dowiedzieć, czy komuś udało się „Zatopić Niezatapialną”.

Trzymajcie się i samych dobrych książek!

 

Dajmy się ponieść wyobraźni

12 gru

indeksTytuł: „Imagines”

Autor: Anna Todd

Liczba stron: 688

Wydawnictwo: OMG Books

Rok Wydania: 2016

Trochę gryzłam się z tym, czy w ogóle pisać tą recenzję. Raczej unikam wypowiadania się o książkach, których nie doczytałam do końca. Ostatnio jednak słyszałam, że sam fakt, iż nie udało mi się dobrnąć do ostatniej kartki, też może sporo mówić o fabule… Posłuchajcie więc mojej opinii o pierwszych dwustu stronach “Imagines” – książki, którą współtworzymy z autorami.

“Imagines” to zbiór fanfików Anny Todd oraz użytkowników portalu Wattpad na temat celebrytów z różnych zakątków świata. Mamy więc do czynienia z blisko 700 stronami niepowiązanych ze sobą opowiadań, których ideą jest wciągnięcie czytelnika w środek fabuły. Zastosowano tu bardzo ciekawą formę narracji drugoosobowej – czyli każde opowiadanie zaczyna się słowami, “wyobraź sobie, że…”. Później każda akcja opisywana jest tak, jakbyśmy sami byli w centrum wydarzeń.

Myślę, że dla osób, które są mocno zaangażowane w życie sław, ta książka może być naprawdę pasjonująca. Podróże z Kim Kardashian, wspólne śpiewanie piosenek z Zac’iem Efronem, obchodzenie rocznicy ślubu Normanem Reedusem… Odpowiednie wczucie się w fabułę potrafi zapewnić niezapomniane przeżycia. Mnie idea nie wciągnęła, bo większości postaci z książki nawet nie rozpoznawałam. Myślę, że kluczem do tej książki jest mocne zaangażowanie emocjonalne związane z celebrities.

Minusem tego typu formy jest fakt, że większość opowiadań nastawiona jest głównie na główną bohaterkę, a nie głównego bohatera. Przykro mi mężczyźni – rocznica ślubu z Normanem Reedusem nie wchodzi w grę ;) Druga sprawa to bardzo precyzyjna narracja, wskazująca na cechy czytelnika. Nie przekonywały mnie fragmenty, w których miałabym godzinami siedzieć przed lustrem, zastanawiając się nad relacjami z moim ex. Wszystko wskazuje na to, że nie zmusiłam mojej wyobraźni do wystarczającej pracy :)

Nie udało mi się dobrnąć do końca. Każde kolejne opowiadanie było krótsze i trochę zabijał mnie schemat… Chociaż znalazło się również kilka perełek, które można by było wykorzystać nawet do hollywoodzkich filmów. Wyobrażacie sobie świat, w którym rząd zabronił robienia selfie? Jak dla mnie to jest świetny materiał na większą powieść.

“Imagines” stanowczo nie przypadło mi do gustu. Nie znaczy to jednak, że Wam nie będzie odpowiadało. Każdy, kto jest choć po części zainteresowany życiem sław, na pewno znajdzie coś dla siebie. Z drugiej strony ciekawa jestem, jak “Imagines” przedstawiałoby się w wersji polskiej. Jacy celebryci zostaliby wybrani? Jakie historie w polskich realiach wciągnęłyby czytelników w równym stopniu. Przeczytalibyście taką książkę?

Wracam do czytania kryminałów. Idzie zima, więc jest czas na siedzenie przy książkach i ciepłej herbacie, gdy za oknem sypie śnieg (albo deszcz… ale będą białe Święta, prawda?).

Trzymajcie się i samych dobrych książek :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Przeczytane w 2016

 

Elegancja i szyk współczesnej kobiety

04 paź

okładkaTytuł: „Ch***wa Pani Domu”

Autor: Magdalena Kostyszyn

Liczba stron: 282

Wydawnictwo: Flow Books

Rok Wydania: 2016

 

My kobiety uwielbiamy modę. Nie chodzi tu tylko o ubrania – ostatnio na przykład Polki dają się ponieść kulturze fitness, dbania o siebie i o zdrowie. Odnajdują swoją tożsamość, chcą stać się perfekcyjne. Stąd też półki sklepowe zapełniają różnego rodzaju poradniki. Sama jestem świeżo po lekturze książki „W domu Madame Chic” Jennifer L. Scott, gdzie znajdowałam porady, jak akademik przemienić na przytulne gniazdko i jak znaleźć czas na tysiące rzeczy, które są do zrobienia w domu, podczas gdy doba ma tylko 24 godziny. Nawet w telewizji otaczają nas programy… sposób na modę, urodę, sprzątanie. Prym wiedzie tutaj Perfekcyjna Pani Domu. Tak między nami kocham ten program. Nic nie poprawia tak mojego humoru jak obserwowanie innych ludzi sprzątających mieszkania.

Te wszystkie poradniki wydają się totalnie wyjęte z kosmosu. Mam wrażenie, że autorki uważają, iż przeciętna kobieta faktycznie zajmuje się wyłącznie domem, nie mając życia chociażby zawodowego. Z tego samego założenia wyszła autorka „Ch***wej Pani Domu”. Nie, cenzura nie jest objawem mojej pruderii :) taki po prostu jest tytuł tej książki.

Magdalena Kostyszyn sama twierdzi, że antyporadnik powstał z tęsknoty za normalnością. Nie polecam go jednak czytać na jeden raz. Druk jest co prawda duży, a i stron niezbyt wiele, ale taka mieszanina życiowych porażek przyswojona jednego wieczoru bądź poranka może skutecznie zepsuć nastrój. Jak dla mnie to książka zdecydowanie na dobry nastrój. Jeżeli nie czujecie się dobrze w roli pani domu, to czytając o tym, co jeszcze można zrobić źle, tylko bardziej się zdołujecie.

Poradnik dotyczy wielu elementów życia kobiety. Kolejny dział to kolejne zmagania, dotyczące damskiej mentalności, małżeństwa, domu i sąsiedztwa, rodzicielstwa, pracy i dorosłości, mentalności Polaka oraz… Świąt Bożego Narodzenia. Ten ostatni dział szczególnie przypadł mi do gustu. Wiecie zresztą, że Święta są jedną z najbardziej stresujących sytuacji w życiu przeciętnego człowieka? Jest taka skala stresu, na której ujmuje się je jako wydarzenie traumatyczne (niedaleko po śmierci współmałżonka i rozwodzie) :D

Do moich faworytów należy rozdział „Pięć cytatów, które możesz puścić w niepamięć”. Mamy tu przegląd literatury na temat pań domu z początków XX wieku. Uwierzcie mi, że wypowiedzi panów na temat biustonoszy i gorsetów oraz ich zaletach zdrowotnych są niezwykle pouczające.

Tak jak już pisałam wcześniej, książka mimo wszystko sprawia dosyć ponure wrażenie. Ukazuje jak wygląda rzeczywistość. Ale może czasami warto sięgnąć do tych prawdziwych poradników? Co prawda trudno dorównać ideałowi „Perfekcyjnej Pani Domu”, jednak nawet kilka ciekawych rad jest w stanie poprawić jakość naszego życia. Ja na przykład nauczyłam się porannego rytuału picia herbaty. A zazwyczaj jest tak, że jeżeli dobrze zaczniemy dzień, to później wszystko zaczyna wskakiwać na swoje miejsce.

Niby w tym roku nie biorę udziału w wyzwaniu 52 książki w rok… ale to 22 książka ;) Może jeszcze do stycznia zdążę?

Pozdrawiam Was i życzę samych dobrych książek!

 

Najsmutniejsza książka jaką czytałam

20 wrz

okladkaTytuł: „P@n Wilk i tajemnice tajemnic””

Autorzy: Jarosław Wilk

Liczba stron: 304

Wydawnictwo: Prowizja

Rok Wydania: 2015

Znowu ciężko mi się zabrać do opisania tej książki. Tym razem nie wynika to jednak z mojego braku czasu bądź lenistwa. Po prostu… Źle mi się ją czytało. Mam wrażenie, że zniechęciła mnie do czytania i zepsuła coś z mojej czytelniczej wrażliwości. To chyba kolejna nauczka dla mnie, żeby nie brać książki z powodu chwytliwego tytułu albo okładki. Ale wszystko po kolei, bo to długa opowieść.

Na „Pana Wilka” trafiłam dzięki uprzejmości portalu „Stan: Zaczytany”, w ramach akcji książkowy booktour. Zabawa polega na tym, że książka trafia do recenzenta, ten ma 7 dni na przeczytanie i kolejne 3 na opublikowanie recenzji i dalej posyła ją w świat. Następni recenzenci zaznaczają ulubione fragmenty, dopisują komentarze, mogą pozostawić także notkę do autora, w celu dalszego zmotywowania go do pracy.

Kolejne dwa błędy z mojej strony – po pierwsze – spodziewałam się książki przygodowej. Nie wiem dlaczego, ale „Pan Wilk i tajemnice tajemnic” brzmiał równie sympatycznie, co „Pan Samochodzik i templariusze” :D Rozumiem, to strasznie naiwne… Po drugie – to drugi tom z kolei. Otrzymałam tylko wycinek historii. Być może mój pogląd na opowieść zmieniłby się, gdybym dała radę ze wszystkimi częściami po kolei.

„Pan Wilk i tajemnice tajemnic” to EROTYK. Czułam się trochę, jakbym dostała patelnią po głowie. Tu się szykuję na wspaniałą przygodę, czytam jakiś wstęp z zaświatów… i nagle główny bohater wzniośle oświadcza „chce mi się jebać”. Nie mam zamiaru opisywać całej fabuły. Zresztą raczej jest dosyć monotonna, jak to w erotykach. Facet szuka łatwych kobiet na portalach randkowych, a później łamie im serce, bo nie spełniają jego oczekiwań.

Boli mnie prostacki styl tej książki. Czytałam kilka książek o podobnej tematyce (choć nie jestem pewna, czy jest się czym chwalić) i naprawdę cały temat można opisać w miarę z klasą. Autor w jednym z wywiadów usprawiedliwia się, że literatura współczesna nie może obyć się bez wulgaryzmów i seksu. Ale wystarczy sięgnąć po „Faceta na telefon” A.J. Gabryela, czy nawet te nieszczęsne „Pięćdziesiąt twarzy Greya” – książkę, za którą zresztą nie przepadam. Jednak co by nie powiedzieć o Greyu, to był pewnego rodzaju przełom w literaturze erotycznej. Próba przedstawienia jakiegoś zjawiska, o którym nikt wcześniej nie mówił. „Pan Wilk i tajemnice tajemnic” to tylko zbiór luźnych przemyśleń i historii „zaliczania” kolejnych kobiet.

Jak dla mnie książka jest niesamowicie smutna. Główny bohater uważa się za człowieka inteligentnego. Wszystkim doradza w sprawach miłości i zaufania… a sam potwornie się pogubił. Jednej z pierwszych kobiet daje nadzieję przez kilka spotkań, a później wspaniałomyślnie stwierdza, że „Mogłem być z siebie dumny, bo właśnie okazało się, że nie jestem takim chujem, jak można by się po mnie spodziewać”. Jeżeli porzucenie kobiety po wykorzystaniu jej nie oznacza „bycia chujem”, to chyba gdzieś się pogubiłam.

Pisząc książkę, autor powinien starać się przekazać czytelnikowi swoją duszę. A tu mamy historię człowieka, który nie widzi problemu w wykorzystywaniu innych… nie widzi problemu w swoim pijaństwie. Wychodząc na stok narciarski po 7 piwach, czuje się jak młody bóg. Wiecznie zjarany trawą i naćpany grzybami halucynogennymi uważa się za odpowiedzialnego ojca, któremu należy się szacunek. Stojąc nad grobem przyjaciółki, marzy, żeby wszystkie kobiety, które miał, opowiadały jego córeczce sprośne historie nad jego grobem, gdy umrze.

Nie wiem, co powinnam dodać. Rzucił mi się jeszcze w oczy taki „kwiatek” – „Ciągnęła przy tym za rękę wnusia tak mocno, jakby groziło mu poszerzenie odbytu”. Pfff… Muszę znaleźć teraz jakąś łatwą i delikatną książkę, która przywróci mnie do rzeczywistości. Przypomni, że świat nie jest taki. Że miłość to nie szukanie łatwej laski na portalu randkowym, a zaufanie to coś więcej niż jazda z naćpanym gościem przez pół Polski.

Wiecie co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? Kilka osób umieszczających komentarze na boku książki, uważało głównego bohatera za swojego idola. Kogoś, kogo chciałyby poznać. Kogoś, kto głosi mądrości XXI wieku. Ten zachwyt nad człowiekiem, który (cytując książkę) „nie zna innych słów poza pierdolić, jebać i rżnąć”. Czy to jest normalne? Może po prostu to ja popełniam gdzieś błąd, żyjąc w zbyt idealnym świecie, w którym jest jeszcze odrobina delikatności i ludzkich uczuć.

Na sam koniec dodam Wam fragment, przy którym myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Tylko zobowiązania recenzenckie kazały mi dokończyć czytanie po czymś takim… W dużym skrócie bohatera kręcą relacje w stylu „suka i pan”. Spotkał swoją byłą z innym mężczyzną:

„W pewnym momencie prawa dłoń mężczyzny powędrowała po plecach Su ku górze do jej głowy, by mocno zacisnąć się na włosach kobiety. Kiedy już zniknęli w tłumie spacerowiczów, uśmiechnąłem się do własnych myśli. Coś mi mówiło, że Su znalazła dla siebie Pana. Dobrego Pana.”

Chodźmy coś przeczytać…

Trzymajcie się i życzę Wam samych dobrych książek.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Wydawnictwo Prowizja

 

Stara przyjaźń nie rdzewieje

15 wrz

okladkaTytuł: „Siedem lat później”

Autorzy: Janusz L. Wiśniewski, Dorota Wellman

Liczba stron: 268

Wydawnictwo:Znak Literanova

Rok Wydania: 2016

Jak zwykle książka przeczytana ponad miesiąc temu, a recenzji nie ma! Tym trudniejsze zadanie dla mnie – najprościej pisze się, gdy emocje są jeszcze świeże i żywe… Teraz muszę mocno wytężać pamięć, żeby przekazać Wam wszystkie dobre i złe strony opowieści – a raczej wywiadu. Z drugiej strony myślę sobie, że pomysł książki jest genialny w swojej prostocie. Gwarantuję, że każdy z nas, spotykając się z serdecznym przyjacielem po 7 latach, miałby materiał na bestseller. Dorota Wellman i Janusz L. Wiśniewski mieli jednak to szczęście, iż są popularni… Mojej rozmowy z kimkolwiek raczej nikt nie chciałby czytać :D

Janusza L. Wiśniewskiego kojarzyłam głównie z szumnej ekranizacji „Samotności w sieci”. Książka podobno też była bardzo dobra. Czytałam ją jednak, gdy miałam jakieś dziesięć lat i niewiele mogłam z niej zrozumieć – ot nieodpowiednia książka w nieodpowiednich rękach. Pamiętam tylko, że to historia strasznie smutna, wzruszająca… i że film ma tyle nieścisłości, że głowa mała! A jednak autor zdobył ogromną popularność nie tylko w Polsce, ale i zagranicą. Z wywiadu wynika, że jego książki osiągnęły sukces również w Rosji.

Wywiad czyta się dosyć przyjemnie, jednak trzeba się liczyć z tym, że pisarz uważa się za autorytet niemal w każdej dziedzinie. Z ogromną pewnością siebie wypowiada się na wszystkie tematy, począwszy od aborcji, kościoła, a skończywszy na pisaniu i związkach. Ta pewność siebie momentami była przyczyną mojej irytacji – nie podzielając zdania autora, czułam się idiotycznie. Z jednej strony rozumiem, że pan Wiśniewski jest profesorem, niejedno w życiu przeżył, ale… nie można być ekspertem od wszystkiego! Chociaż biorąc pod uwagę naszą polską mentalność…

Na okładce zamieszczono cytat pisarza „Tak naprawdę zamiast mówić, wolałbym jej słuchać”. Szczerze mówiąc z miłą chęcią przeczytałabym wywiad, gdzie role są odwrócone. Mam wrażenie, że tworząc tak inteligentne pytania, Dorota Wellman miałaby również wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Niestety niewiele wiem o tej kobiecie – kojarzę ją jako dziennikarkę TVNu oraz osobę z reklam supermarketów sieci Lidl. Jeżeli jednak natknę się na więcej materiałów o jej osobie, chętnie się z nimi zapoznam.

Są fragmenty książki, które wyjątkowo mnie rozbawiły. Już nawet nie pamiętam z czego wyniknął temat… Tak czy inaczej w grę wszedł jakiś raport na temat życia seksualnego Polaków. Czy wiecie, że w pociągach PKP jest momentami bardzo gorąco? ;) Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na ten temat, zajrzyjcie do książki. Ogólnie warto przeczytać w ramach ciekawostki… Jednak w poszukiwaniu dobrej fabuły i niesamowitych zwrotów akcji, warto sięgnąć po inną lekturę. Tak wiem – nie powinnam spodziewać się „pościgów i wybuchów” w wywiadzie… Ale momentami książka przypominała mi takie stereotypowe rozmowy Polaków, gdzie każdy ma coś do powiedzenia :)

Jak zwykle życzę Wam samych dobrych książek! I… lecę czytać kolejną książkę :)